//tu byl h1 z title

„Jedynie dwie rzeczy czynią nas szczęśliwymi. Wiara i miłość.”
Charles Nodier

 

 

 

Choroby nowotworowe pojawiają się na skutek nieprawidłowego podziału komórek….

Dr. Cecil Fox (Photographer)

…i ma to znaczenie tylko tak długo, jak długo chcesz trzymać się spłaszczenia problematyki choroby nowotworowej do poziomu ciała. Wybiegając poza tę perspektywę wkraczasz w przestrzeń, którą siedzący przed Tobą chory rozgrywa w swojej psychice i duszy. W przestrzeń, w której w grę wchodzą pojęcia nadziei, wiary i przekonań.

Wszyscy czujemy potrzebę nadawania znaczeń. W poprzednich wpisach wspominałam o tym, że  swoją chorobę rozpatrywałam w kategoriach wyzwania, a nawet swoistej przygody. Są osoby, które do takich okoliczności w życiu podchodzą bardzo zadaniowo, wręcz technicznie i to im pomaga. Znasz też pewnie całe mnóstwo wierzących osób, które bez względu na rodzaj wyznania bardzo silnie wiążą swoją chorobę i swoje leczenie z duchowością.

Kiedyś, w którejś poczekalni odbyłam fascynującą rozmowę ze starszym już panem. Głęboko wierzył on w to, że dzięki jego poświęceniu, które tutaj przybierało formę godzenia się z cierpieniem jakie wiąże się z nowotworem i mężnego jego znoszenia, ktoś na świecie cierpi mniej. Był on przekonany, że na ziemi istnieje jakaś tam pula cierpienia, które los przerzuca z osoby na osobę mierząc tym jej wytrwałość i hart ducha. Oznaczało to też, że jeśli jedna osoba cierpi bardziej, to mniej tego cierpienia pozostaje dla innych. Dla osoby przysłuchującej się tej rozmowie z boku, szczególnie takiej, która szczęśliwie nigdy nie była w takim położeniu, jak wówczas ja ze swoim rozmówcą, mogło to być odebrane jako ogromna interpretacyjna niesprawiedliwość, lub wręcz wyrządzanie sobie krzywdy. Tymczasem dla mojego rozmówcy taka interpretacja jego choroby była głównym generatorem siły.

Z czysto racjonalnego punktu widzenia, taka teza nie ma racji bytu. Można tłumaczyć ją wiarą w karmiczne zależności, można uzasadniać chrześcijańskim ujęciem ofiary, czy filozofii zamysłu buddyjskiej wymiany energii. Jedno jest pewne i tego jednego nigdy nie wolno niszczyć – takie postrzeganie swojego stanu nadaje choremu sens i, o ile tylko spełnia swoją rolę, nie nam oceniać, na ile jest on zasadny.

W przypadku choroby, sens jest tym, co pozwala nam mieć poczucie, że nasze wysiłki mają jakieś znaczenie i nie idą na marne. Jest tratwą, której trzyma się rozbitek dryfując pośrodku morza i z nadzieją wypatrując lądu. Jest motorem, który dodaje sił jego nogom, aby płynąć. Jest definicją jego „dlaczego”.

Poczucia sensu nie możemy zmierzyć miarami dostępnymi współczesnej nauce. Zawsze ma on wyłącznie subiektywny charakter i wiąże się z tak wieloma zmiennymi, że dyskutowanie na jego temat, jako na temat czegoś wymiernego, w kontekście zdrowienia wydaje się być całkowicie bezzasadne. To, co powinniśmy z nim zrobić, to albo go ożywiać, albo wzmacniać, nigdy nie poddając w wątpliwość, szczególnie, że w kontekście duchowym obwarowany jest szeregiem emocji, refleksji i intuicyjną potrzebą łagodzenia cierpienia próbą przetłumaczenia go na język serca.

Dlatego tak długo, jak uzasadnienie swojego cierpienia przez chorych jest dla nich korzystne i motywuje ich do dalszego leczenia, uznajmy je za rzecz świętą i nienaruszalną.
Może być jednak jeszcze tak, że postrzeganie swojego cierpienia w oczach osoby chorej jest nie tylko niekorzystne, ale wręcz destrukcyjne. Są to te przypadki, w których chory jest przekonany o tym, że choroba, która go spotkała jest rodzajem kary za dawne winy, lub że diagnoza równa się wyrokowi śmierci. Takie postrzeganie nie tyle należy ile wręcz trzeba korygować, ze względu na jego drastyczne konsekwencje dla przebiegu dalszego zdrowienia.

Wiara w powodzenie leczenia ma potężne znaczenie dla jego przebiegu. Chory postrzegający swój stan przez pryzmat winy i kary podświadomie, niesiony poczuciem winy przypisanym dowolnej sytuacji z jego życia, może sabotować działania lecznicze. Jeśli więc zdrowiejący zdradza przejawy niezdrowych przekonań na temat swojej choroby,  sprawdź, czy będziesz w stanie przekierować jego myślenie w stronę jaśniejszych perspektyw. Pamiętaj też, że owe „jaśniejsze perspektywy” nie zawsze oznaczają hurraoptymistyczne nastawienie względem leczenia, lub swojego stanu. Wiara w to, że kiedy ja cierpię, ktoś inny cierpi mniej w czysto obiektywnej ocenie nie należy przecież do zwyczajowych treści motywacyjnych. Mimo to, jak widać są osoby, dla których stanowi ona automotywacyjny oręż do przezwyciężania swoich trudności. Dlatego rozmawiając z pacjentem, uszanuj i pochyl się nad tym, co jest jego „dlaczego” (po co to się dzieje) , a o wiele łatwiej będzie Ci przekonać go do swojego „jak” (co będziemy robić z tym dalej).

Dlaczego o tym piszę?

Bo wiem jak czuje się człowiek, któremu wytrąca się z ręki jego, choćby najmniej racjonalne „dlaczego”. Nie wchodząc w szczegóły, mnie również ktoś kiedyś próbował przekonać, że mój sposób racjonalizowania swojej choroby jest nieracjonalny i nielogiczny.
Tylko, że w sytuacjach ekstremalnych, w których szukasz takiego Znaczenia, którego mógłbyś się chwycić w takich chwilach jak ta, kiedy przedłużają Ci żyły o metry plastikowych rurek, zarówno obiektywna racjonalność, jak i logika tracą na wartości.
W takich chwilach jedyne czego potrzebujesz, to sens, którym możesz wypełnić swoje poczucie krzywdy. Bez tego pozostaje Ci tylko skupienie się na swoim zbuntowanym ciele, wykonywanych na nim zabiegach i otępiająca pustka w sercu.

.
.
.
.

  • Asia

    Bardzo prawdziwe i ciekawe 🙂