…lub wspierają tylko pozornie.

Spotykająca nas diagnoza dotyczy nie tylko chorego, ale i całego jego otoczenia. Bardzo często nie wiemy, jak się zachować w kontakcie z naszym bliskim po diagnozie, co powiedzieć – i ani ten problem przemilczeć, ani się z nim egzaltować. Dlatego zdrowiejący bardzo często zasypywani są takimi „bezpiecznymi” powiedzeniami, dzięki którym ich rozmówca daje im do zrozumienia, że zauważa ich problem, nie lekceważy go i współczuje. W całym panteonie zwrotów, które przewijają się wtedy w kierunku chorego występują też takie, które bywają rzucane tak bezrefleksyjnie, że mogą wzbudzać mieszane emocje, lub które słyszy się tak często, że z czasem zaczynają tracić na wartości.

„Będzie dobrze!”

     To jeden z tych tekstów, który działa, kiedy słyszysz go pierwszy raz. No, może drugi i trzeci też. Tak do dziesięciu. Przy pięćdziesiątym zaczyna Cię już nużyć, a przy stu dwudziestym irytować – szczególnie, kiedy słyszysz go zamiast „cześć”, zamiast „do widzenia” i w celu zakrzyczenia ewentualnej, krępującej ciszy, kiedy nie wiadomo co powiedzieć.
Przede wszystkim – zauważ, że zwrot ten ma znaczenie tylko w konkretnych sytuacjach – ktoś właśnie poznał diagnozę i się podłamał, ktoś bardzo boi się jakiegoś zabiegu, rozmawialiście wcześniej i widzisz, że potrzeba mu potwierdzenia, że wszystko się uda, a Ty jesteś w stanie być wiarygodny go do tego przekonując – wtedy, ostatecznie, w porządku. Jednak uwierz, że to tylko pół procenta sytuacji, w których się to słyszy. W przypadku całej reszty „będzie dobrze” jest zwrotem – wypełniaczem, który nie niesie za sobą właściwie żadnego przekazu, a może bardzo męczyć, bo stale przypomina, że wiedza o tym jak będzie jest właściwie wciąż jeszcze przed nami. Znacznie lepiej jest w takiej chwili powiedzieć, że wierzysz, że chory poradzi sobie z tą sytuacją. Pokażesz mu w ten sposób, że mimo, że nie jest różowo, to wciąż dostrzegasz w nim siłę i determinację do tego, żeby się nie poddawać. Zapewnij go też o swoim zaufaniu do medycyny / lekarzy / wierze w to, że dacie radę jako rodzina / para / społeczność. Wzmocnisz tym jego ufność w to, że jest w dobrych rękach i ma wsparcie bliskich. Gwarancja poczucia bezpieczeństwa w takiej formie sprawi, że będzie bardziej wierzył w zwycięstwo.

 

„Jak się czujesz?”

     Pół biedy, jeśli człowiek czuje się dobrze. Ale wyobraź sobie, że właśnie skończyłeś wymiotować, od trzech dni nie możesz spać, od dwóch nie jadłeś, coś bardzo Cię boli, martwisz się i słyszysz to pytanie rzucone z ciekawości od przypadkowego znajomego, lub telefonującej tuż po wlewie cioci, z którą rozmawiasz tylko od wielkiego dzwonu. I do tego to już siódma tego dnia osoba, która Cię o to pyta.

     Co odpowiesz? Czy opisanie rozmówcy tego wszystkiego sprawi, że poczujesz się lepiej? Przestanie boleć? No właśnie. Sama wielokrotnie czułam się zakłopotana słysząc to pytanie w czasie, w którym było naprawdę kiepsko. Bo co powiedzieć? Że dobrze, czy prawdę? A co, jeśli nie chcę współczucia? Kłamać, czy odpowiedzieć jakoś wymijająco?

     Pytanie „Jak się czujesz?” może być w porządku w czterech sytuacjach:
– ma ono związek z Twoimi planami względem chorego – chcesz go gdzieś zabrać, albo szykujesz mu jakąś niespodziankę i chcesz być pewien, że to dobry moment,
– dość dawno nie rozmawialiście, ale wiesz, że choruje. Jesteś gotów go wysłuchać i należysz do osób, z którymi może pogadać szczerze i na luzie,
– jesteś bliską mu osobą, „pierwszą pomocą”, troszczysz się o niego, a sam chory nie jest na tyle wylewny, żeby sam się na coś poskarżyć. Tymczasem może czuć potrzebę wygadania się, może trzeba mu coś przynieść, asystować w czymś, skoczyć po ulubioną gazetę do sklepu, podać coś przeciwbólowego, czy zasłonić żaluzje w pokoju, lub po prostu pobyć obok,
– jesteś lekarzem i to wizyta kontrolna.
W każdym innym przypadku licz się z tym, że usłyszysz wymijające „Nienajlepiej”, albo „W porządku”. Jeśli przy pomocy tego pytania chcesz po prostu zaspokoić swoją ciekawość odnośnie stanu zdrowia samego zainteresowanego, a nie jesteście ze sobą bardzo blisko, bardzo ok będzie odciążyć go od tej odpowiedzi i spytać o to kogoś z jego najbliższych. Jego samego możesz w to miejsce po prostu zapewnić o swojej gotowości do wysłuchania, gdyby czuł potrzebę porozmawiać z Tobą na temat choroby i leczenia.

 

„Nie martw się.”

 

     Czy kiedykolwiek spotkałeś się z sytuacją, w której zwrot „nie martw się” wyłączył komuś zmartwienia? Albo „nie płacz” – odciął dopływ łez? Czy kiedykolwiek usłyszane od kogoś, choćby najszczersze „nie bój się” sprawiło, że poczułeś się zrelaksowany i spokojny?

Niestety, to tak nie działa. „Nie martw się” bywa pocieszające, ale tylko pod warunkiem, że na tym nie kończysz.

     Diagnoza niemal zawsze niesie za sobą potężny ładunek trudnych emocji. Dotychczasowe problemy zdrowotne, zawodowe, czy osobiste w kontekście choroby zyskują zupełnie nowy wymiar i mogą być przez chorego postrzegane w zupełnie inny niż dotychczas sposób. To, co w Twoich oczach może być drobnostką, dla niego może być tą kroplą, która przelewa czarę goryczy. Słowa „nie martw się”, nie poparte żadnym realnym wsparciem, lub chociaż jego możliwością, mogą być odebrane jako efekt niezrozumienia, albo co gorsza – lekceważenia zmartwień, których i tak ma już sporo.

Co robić?

Ze zmartwieniami jest już tak, że najlepszym sposobem na ich złagodzenie jest wyszukanie i wcielenie w życie dostępnych na nie rozwiązań. Nie zawsze da się zrealizować to w pełni, jednak zawsze warto spróbować. Zdrowiejący martwi się o opiekę nad dziećmi na czas następnego pobytu w szpitalu? Może znasz kogoś, kto mógłby się nimi zająć? A może znasz kogoś, kto zna? Nie jest pewien wyników badań? Zorganizuj mu konsultacje u najlepszego lekarza w tej dziedzinie, jakiego znajdziesz. Boi się o swoją przyszłość? Zbuduj w jego wyobraźni jej wyraźny obraz, w którym jest zdrowy, w którym jest po wszystkim. Lekceważone, lub przemilczane zmartwienia nie maleją. Mogą się co najwyżej zagłuszyć, ale to nie jest rozwiązanie. Więc jeśli mówisz „nie martw się”, dodaj do tego swoją propozycję konkretnego rozwiązania. Nie musi być najtrafniejsza na świecie, ale jeśli tylko jeśli poszerzy listę dostępnych możliwości, to już naprawdę bardzo, bardzo dużo.

cdn.

Skomentuj wpis
  • Nigdy, póki nie będziemy w „cudzych butach”, nie poczujemy, jak bardzo one uwierają. A słowa mogą ranić i przeszkadzać. Ja nie byłam w takiej sytuacji, jako osoba zdrowiejąca. Ale byłam w sytuacji matki, której dziecko było na krawędzi i wiem, co robiły ze mną słowa „będzie dobrze” i „nie martw” się, kiedy ścięłam włosy na króciutko z samej rozpaczy. Chciałam pogadać i się przytulić … tylko tyle. Mądry, bardzo mądry i potrzebny blog.

    • Dziękuję za Twój komentarz, jest bardzo cenny! Od czasu tego wpisu bardzo często spotykam się z podobnymi relacjami. Chcemy być wysłuchani i zrozumieni. Tylko tyle i aż tyle.

  • Jak bym czytal jakąś pracę naukowa, jest dobrze:)

  • angello

    Warto wiedzieć takie rzeczy… dobry wpis!

  • Napisałam kiedyś tekst „Optymizm zabija”. Kiedy słyszałam, że bedzie dobrze, to czułam klin na ustach. Nie wypowiadalam przez to swoich uczuć. Dla mnie to będzie dobrze to takie „nie chcę poznać twojego bólu”.

    • Marlena! Odszukałam wspomniany przez Ciebie wpis i zgadzam się z każdym przecinkiem i każdą kropką. Pięknie to ujęłaś… „nie chcę poznać Twojego bólu”. „Nie chcę poznać Twojego bólu, ale powiem coś…bo coś chyba wypada powiedzieć?” Dlatego właśnie chciałam poruszyć ten temat. Dziękuję za Twój komentarz i przesyłam ciepłe pozdrowienia z Mazur. <3

      • A wiesz, że posyłasz te pozdrowienia na Mazury?:) (Ełk)

        • Jaki ten świat mały! 🙂 Chyba przyzwyczaiłam się już, że większość spotkanych przeze mnie w Internecie ludzi pochodzi z daleka. Piszę z Giżycka. 🙂